• YouTube
  • Facebook
  • Twiter

Newsletter

Zgoda RODO

Warsztaty / Konferencje

„Po prostu Jadzia” to wyprodukowany przez Fundację Twórczość i Dokumentacja czterdziestominutowy film dokumentalny w reżyserii Marii Poszwińskiej i zmontowany przez Piotra Srokę w ramach projektu Onkoprzestrzeń Kreatywna. Bohaterami filmu jest małżeństwo rolników spod Torunia: Jadzia Jurgielska, która 4 lata temu chorowała na raka, oraz towarzyszący jej w chorobie mąż Jurek. Jurgielscy są znakomitym przykładem stosowania w praktyce idei Onkoprzestrzeni Kreatywnej.

Jadzia i Jurek pokazują, jak wiele korzyści dla zdrowia może przynieść kreatywna, aktywna postawa w chorobie i jak za jej sprawą dokonuje się pełna mądrości życiowej przemiana. Inspirują do zmiany stosunku nie tylko do choroby, ale i do świata, do postrzegania sensu życia, realizowania swoich planów i marzeń. 

Jadzia zawsze tryska humorem i energią, która udziela się wszystkim dookoła. Jurek, jej mąż stara się jej towarzyszyć, rozumieć jej potrzeby i podążać podobną drogą. O swojej żonie mówi: Jadzia, kiedy zaczęła korzystać z warsztatów stała się dla mnie całkowicie inną, nową osobą. Odmiana psychiczna jest kolosalna, jest odblokowana, rozluźniona, wesoła. Same pozytywne rzeczy. Tego nawet się nie da opowiedzieć. Jeżeli w rodzinie zachoruje jedna osoba to choruje najbliższa osoba i wszyscy dookoła. Widziałem tę dużą odmianę po tych warsztatach i zapragnąłem jeździć razem z nią. Pomagamy sobie teraz i się uzupełniamy we wszystkim. Te warsztaty pomagają nam zregenerować siły i psychikę, by nie myśleć tylko i wyłącznie o chorobie. Choroba jest jakby czymś z boku. Psychicznie nastawiamy się, że dziś jest dobrze, jutro będzie dobrze i pojutrze będzie dobrze. Musi być dobrze. Ja w tym wszystkim też uczestniczę i chcę uczestniczyć. Jestem szczęśliwy, kiedy widzę Jadzię wesołą, uśmiechniętą, zadowoloną, radosną. Wtedy i ja jestem uśmiechnięty, zadowolony i radosny.

 

Jadziu, opowiedz coś o sobie, jakie było Twoje życie zanim zachorowałaś? 

Jesteśmy rolnikami. Kiedy założyliśmy rodzinę i urodziły się nam dzieci, zaczęła się gonitwa. Każdy miał swoje priorytety, ale były też i wspólne sprawy. Braliśmy coraz więcej na siebie i w konsekwencji życie stało się ciężarem. Do pewnego momentu dobrze sobie radziłam, ale było tego coraz więcej. Jak coś się działo, to mąż przychodził do mnie i musiałam mu pomagać, ale także swoje rzeczy zrobić, a w międzyczasie wychowywać dzieci, odrabiać z nimi lekcje, pracować w gospodarstwie, jechać z dokumentami do urzędu – mnóstwo miałam zajęć. Cały dzień był zajęty. O siódmej rano zaczynaliśmy pracę, przez cały dzień byliśmy w wirze pracy i w którymś momencie szala się przechyliła, ale na tę złą stronę. Zapomnieliśmy, że powinna być chwila czasu dla nas, że można by gdzieś wyjechać, przystopować, aż okazało się, że jestem chora na raka. No i zaczęło się. Ta choroba była dla mnie niepojęta. Myślałam, że to jest chyba jakaś wielka pomyłka. Strach był wielki, ale chęć załatwienia tej sprawy – broń Boże nie odkładania – był o wiele większy. Zaraz poszukaliśmy razem z mężem lekarza. Umówiliśmy operację i wszystko potoczyło się bardzo prędko. Wielka radość, bo operacja się udała. A potem czekanie na wynik histopatologiczny. Nie zastanawiałam się, nie wgłębiałam. Poszłam na chemię, potem na kolejną i kolejną. Czułam się dobrze, ponieważ byłam między kochającymi ludźmi, którzy dawali mi wsparcie. Dużo rozmawiałam z innymi ludźmi, którzy byli po podobnych przejściach i którzy mi dużo rzeczy podpowiadali, więc ja sobie tę układankę układałam po swojemu. 

 

Czy choroba Was zmieniła, Wasze życie? 

Wszystkich nas zmieniła, ale bardzo pozytywnie. Zauważaliśmy drobne niuanse, na które wcześniej nie było czasu. Poza tym zaczęłam korzystać z warsztatów terapeutycznych i kreatywnych. Po drugiej chemii zaproponowano mi wyjazd na warsztaty muzykoterapii z dr Elżbietą Galińską. Były przepiękne. Zetknęłam się z formą sztuki, której nie znałam. Wygrywanie emocji na instrumentach. Ale jakie to były instrumenty?! Grzechotka dziecięca, jakiś flecik, bębenek. Trzeba było wygrać na nich swoje emocje przed chorobą, w czasie choroby, po chorobie i takie, jakie chcemy przeżywać. Obudziło to we mnie pragnienie pozyskiwania o sobie informacji: z czym się zmagałam, a co powinnam jeszcze zrobić, co poukładać, co naprawić, jak naprawić, w jakim kierunku iść? Okazuje się, że mam takiego farta, że po roku czasu otrzymuję kolejną propozycję i jadę na następne warsztaty. I ta moja układanka zaczyna się powoli układać, bo z każdych warsztatów wynoszę to, co dla mnie jest najlepsze. Uczę się odrzucać zmartwienia, które są nam niepotrzebne i jak uzyskać harmonię i pełnię życia. To były cudowne przeżycia i bardzo dziękuję tym osobom, które mi pomogły tego osiągnąć, ponieważ w domu bym tego nie doświadczyła. I mój mąż był bardzo zaciekawiony. Pytał – Jak tam było? Co tam było? Zaczęłam mu opowiadać, a on bardzo chłonął to wszystko. Czułam, że on też chce się zmienić, być bardziej pogodny, wyluzowany, żeby się tak nie stresować. Okazało się, że zdarzyła się możliwość pojechania razem na warsztaty Simontona. Mąż bardzo się cieszył, że mógł w nich uczestniczyć i dużo z nich wyniósł, jeśli chodzi o pracę nad emocjami. To było naprawdę budujące. Następne wspólne warsztaty były z muzyki i tańca tradycyjnego z Jackiem Hałasem. To były zupełnie inne warsztaty, z muzyką i z obyczajami. Mieliśmy możliwość tańców i to nie tylko na parkiecie, ale też nad jeziorem, przy akompaniamencie akordeonu, w lesie. I w kółeczkach i w przeplatańcach. Pokazywano nam bardzo duże możliwości muzyki tradycyjnej, które były spójne z nami, z naszymi przeżyciami i doświadczeniami. Bardzo dobrze się czuliśmy na tych warsztatach. Ta muzyka i te rytmy spowodowały, że my i wszyscy uczestnicy bardzo się zintegrowaliśmy. 

 

Następnego roku pojechałaś na warsztaty filmowe prof. Tomasza Samosionka, co dały Ci te zajęcia? 

To były warsztaty z zupełnie innej układanki. Z filmem nie miałam kompletnie nic wspólnego oprócz tego, że oglądam filmy w telewizji. Ze strukturą robienia filmu i tym wszystkim, co składa się na sztukę filmu nie miałam do czynienia. Uczyliśmy się, jak mamy przed kamerą wypowiadać się, jak się prezentować, jak siadać, chodzić, jak kadrować. Warsztaty kończyły się po południu przed kolacją, ale był jeszcze czas na wypoczynek i relaks. Nasza paczka była zgrana, wieczorami kąpaliśmy się w jeziorze, potem szliśmy sobie jeszcze pogadać. Przychodziliśmy zmęczeni po całym dniu, ale radośni i czekaliśmy na kolejne zajęcia. To było budujące, pozytywne napięcie, które dawało pasję i siłę. Towarzyszyła nam refleksja, że można się wybawić, pośmiać, ale ważne jest też ciepło, uczucia, miłość. Wszystkie elementy są bardzo ważne, bo one są spójne i bardzo potrzebne w naszym życiu. Nawet jeśli, coś się nam wydarzy niemiłego, to można sobie z tym radzić. Z każdych warsztatów braliśmy coś pozytywnego dla siebie. 

 

A czego nauczyły Cię kolejne warsztaty Onkoprzestrzeni Kreatywnej, jakich umiejętności, jakiej pracy z ciałem emocjami, umysłem? 

Nie miałam nigdy do czynienia z malarstwem, a tu pędzel, kartka papieru, farby i mamy narysować przyrodę, to co czujemy. Oczywiście dostaliśmy podpowiedź, na co zwracać uwagę: na cienie, na światła, ale w praktyce nie wiedziałam, od czego tu zacząć, bo przecież nigdy nie malowałam. Wykładowca, Stefan Żuchowski bardzo ładnie mnie naprowadził – Słuchaj, tu są takie piękne trzy drzewa, jakbyś z tej strony stanęła, ładnie pada tam światło i spójrz na nie, przymruż oko i zobacz co widzisz i to narysuj. Faktycznie – zobaczyłam to, co chcę namalować: trzy potężne pnie i już umiałam uchwycić w mojej wyobraźni padające na nie światło. Nauczył nas zasad malowania, więc już była swoboda w malowaniu, w tym mazaniu farbami. Na muzykoterapii z dr Galińską, na zajęciach z rysunku muzycznego rysowaliśmy kredkami nasze emocje. To była taka dziecięca zabawa. Rysowaliśmy wszyscy na takim poziomie, na jakim umieliśmy. Jedni ładniej, drudzy mniej. Rano na plenerze mieliśmy jeszcze slow jogging z Edytą Dawiskibą, czyli ćwiczyliśmy powolny bieg. Codziennie rano robiliśmy bardzo dużo kółeczek po pięknym parku. To były bardzo przydatne ćwiczenia ładnie modelujące sylwetkę i prostujące postawę. Na tym wyjeździe miałam też możliwość spotkania się z dr Jolantą Berezowską podczas warsztatów uważności. Doktor mówiła nam czym jest uważność, jaką postawę mamy zachować, jak pracować z oddechem, przekazała nam te umiejętności w formie medytacji. Z ciekawością tego słuchałam, ponieważ okazało się, że to jest bardzo bliskie, temu co praktykuję od jakiegoś czasu. Poznałam nowe elementy dotyczące oddechu, słuchania dźwięków, czy po prostu wyciszenia i bycia ze sobą. Więc to były następne aspekty, które się układały jak puzzle i na pewno je wykorzystam. 

 

Jak warsztaty Onkoprzestrzeni Kreatywnej zmieniły Twoje postrzeganie świata? 

Po powrocie z warsztatów Onkoprzestrzeni Kreatywnej zupełnie inaczej spostrzegamy otaczający nas świat. Teraz dajemy sobie więcej dystansu i luzu. Już nie jesteśmy tacy zapętleni. Mamy więcej czasu dla siebie. Spacerujemy i wieczorami jeździmy się wykąpać nad jezioro. Spotykamy się z rodziną i przyjaciółmi. Bardzo lubię otaczać się ludźmi uśmiechniętymi, z humorem i sama lubię czasami pośmiać się razem z nimi, wspólnie pogawędzić. Takie osoby dają mi dużo energii i może ja też im daję jakąś energię – Zobaczcie, jak jest pięknie, z każdej opresji można wyjść i jak ktoś wam podaje rękę, to trzeba koniecznie z tego skorzystać i spróbować, bo jak nie spróbujecie to nie będziecie widzieli, jak to jest. Jak jest jakiś wyjazd na warsztaty, to koniecznie trzeba jechać. Dziękuję Marii Poszwińskiej, autorce projektu Onkoprzestrzeń Kreatywna i wszystkim prowadzącym warsztaty za wszystkie pozytywne rzeczy, których doświadczyłam i które bardzo wzbogaciły moje życie.

 

To Jadziu, dziękuję bardzo Ci za tę piękną, inspirującą do pracy nad sobą rozmowę. 

Rozmawiała Maria Poszwińska

» powrót

©2022 Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych

Projekt i wykonanie: Net Partners